Czy aparaty cyfrowe niszczą nam szare komórki?
Miałem kiedyś zajęcia w ciemni fotograficznej. Wykładowca opowiadał ciekawie o reakcjach zachodzących na kliszy, zależnościach pomiędzy wywoływaniem a końcowym efektem na odbitce. Siedziałem sobie wtedy i myślałem: po co mi to wiedzieć? Przecież analogi to odległa przeszłość, teraz dominuje cyfra. Kupuję Nikona czy Canona z wysoką czułością, podbijam ISO, majstruję suwakami w PS i mam gotowe zdjęcie. Kto by się bawił w określanie rzeczywistego ISO na kliszy fotograficznej, kto potem spędzałby godziny w ciemni dobierając odpowiednie czasy do forsowania negatywu? Wszystko to wydawało mi się bardzo stare i odległe, niczym opowieści o dinozaurach biegających kiedyś w miejscu gdzie mieszkam.
Jednak po jakimś czasie zaczęły mnie coraz bardziej interesować zagadnienia z zakresu fotografii tradycyjnej lub, jak kto woli, analogowej. Sprawiłem sobie własną ciemnię, chemię do wywoływania, papiery. W miarę jak robiłem zdjęcia analogiem i wywoływałem filmy robiąc później odbitki, zaczynałem dostrzegać coś, co mnie przeraziło…
Otóż stwierdziłem, że cyfra, której byłem gorącym zwolennikiem, całkowicie mnie, jak i moich znajomych (którzy to zgodnie potwierdzili), „odmóżdżyła”. Zrobiłem prosty eksperyment. Idąc ze znajomym w góry zabraliśmy tylko analoga i jedną kliszę. Jak się potem okazało, zrobiłem zaledwie 14 zdjęć. Znajomy zrobił bodajże 10. Nie chcieliśmy marnować cennej kliszy dla byle jakiego widoku. Musiał być naprawdę wart tego, aby go uwiecznić. Obecnie mamy w zapasie kilka kart gigowych i tym samym wyłączamy myślenie. Nie staramy się w wizjerze kadrować, aby potem nie robić dużych poprawek, lecz robimy zdjęcia seriami, i twierdzimy: potem coś się wybierze, coś obrobi. Przychodzi moment, w którym kopiujemy nasze zdjęcia na dysk i okazuje się, że mamy ich 200 lub więcej. Zaczyna się żmudna obróbka.

Więcej na ten temat przeczytacie na http://blog.sztukafotografii.org/